Amy Lee, wokalistka zespołu Evanescence, przeszła długą drogę od czasu debiutanckiego albumu "Fallen"– nauczyła się samodzielności i nabrała większej pewności siebie. Być może nie kojarzycie od razu imienia Amy Lee, ale pewnie rozpoznalibyście ją, gdyby minęła wasze okno, spadając z ostatniego piętra kamienicy. W takim ujęciu większość z nas zobaczyła ją po raz pierwszy - w teledysku do piosenki "Bring Me to Life" zespołu Evanescence. Wokalistka spadała tam w zwolnionym tempie wprost na twardy chodnik, a jej włosy powiewały jak długi, czarny welon. "Bring Me to Life", łączący zmysłowy głos i metalowe gitary (wzbogacone przez rapowo-rockowe deklamacje gościnnie udzielającego się wokalisty Paula McCoya), był pierwszym wielkim przebojem zespołu, któremu ostatecznie udało się sprzedać prawie 7 milionów egzemplarzy debiutanckiej płyty "Fallen" (2003) w samych Stanach. Piosenka ta przyciągnęła też uwagę do samej Lee, która stała się  najpopularniejszą alternatywną gwiazdą rocka ostatnich lat. 

- Zawsze byłam osobą bardzo emocjonalną, czasem dającą się ponosić uczuciom - mówi Lee. – Zdarza się, że niektóre rzeczy mają na mnie większy wpływ niż bym tego chciała. To nieustanna walka, ale właśnie dzięki temu staję się lepszą artystką. Bardzo silne emocje powodują, że chcę pisać muzykę i wykrwawiać moje serce prosto na kartkę.

Krwawienie na kartkę nie dodaje jednak wiarygodności kobiecie grającej muzykę rockową. Brzmieniowo Evanescence pasuje do wszystkich stacji radiowych, próbuje też połączyć wpływy tak różne jak muzyka chóralna, trip-hop, heavy metal czy Tori Amos. Ale to "Bring Me to Life", ze swoim dramatycznym tekstem i brzęczącymi gitarami, pomógł zaklasyfikować zespół jako nieco "przeładowany" nu metal. Potem pojawił się problem z Jezusem. Lee poznała współzałożyciela zespołu Bena Moody'ego na kościelnym obozie dla młodzieży w ich rodzinnym mieście Little Rock w Arkansas, a kiedy zespół podpisał kontrakt z Wind-Up, wytwórnia popchnęła płytę "Fallen" w kierunku lukratywnego, chrześcijańskiego rynku. Zespół sprzeciwił się temu – Lee twierdzi, że jej muzyka jest "uduchowiona", a nie odwołująca się do konkretnej religii – trudno było jednak odrzucić skojarzenia. Gdy w 2003 roku, 21-letnia eksliderka chóru z Arkansas śpiewała o nieśmiertelności w towarzystwie czwórki napakowanych, wytatuowanych chłopaków, grających agresywnego rocka, nic nie wskazywało na to, że sama zdobędzie dużą popularność. Zespół dostał wprawdzie wtedy nagrodę Grammy dla najlepszego nowego artysty, ale inny nominowany, raper 50 Cent, publicznie ich zlekceważył i przepędził Lee ze sceny w trakcie jej podziękowań. I tak pojawił się dość typowy rozdźwięk: Evanescence stali się wielcy, ale jednocześnie ogromnie niemodni.  

- Bardzo, bardzo chciałam móc ufać - opowiada Lee o pisaniu i nagrywaniu "The Open Door". - Studio było dla nas oazą wolności, gdzie mogliśmy po prostu być muzykami i patrzeć, co nam z tego wychodzi.

"The Open Door" to debiut Lee jako bezdyskusyjnej liderki Evanescence. To ona stanowi centrum tej muzyki, pełnej osobistych wyznań, teatru i dźwięków, skłaniających fanów do machania głową. Muzyka prawdopodobnie nie przekona ekspertów - dla niektórych będzie zbyt popowa, dla innych za ciężka. Teksty są w młodzieńczy sposób szczere i czasami nazbyt oczywiste. Słychać w nich jednak, jak młoda utalentowana wokalistka próbuje się przebić przez wszystkie ograniczenia muzyki rockowej, którą tak kocha..

- Tak wielu rzeczy bałam się wtedy spróbować - mówi Lee o pokrytym platyną debiucie. - Czułam, że nie jestem wystarczająco dobra – mój głos nie jest dość dobry, moje pomysły są głupie i ludzie będą się ze mnie śmiali. Sukces dodał mi artystycznej pewności siebie. Teraz mogę robić to, co chcę i nie martwię się, że ktoś pomyśli, że to głupie.

Chociaż Lee przyznaje, że lubi muzykę takich formacji jak Soundgarden czy Korn, jej prawdziwymi idolkami są piosenkarki, których nikt nie zaliczyłby do grona dam metalu. - Portishead to dla mnie wielki zespół - mówi Lee. - Kruchość Beth Gibbons jest po prostu przerażająca. I Bjork – Bjork jest dla mnie z wielu względów ogromnie ważna. Robi wiele rzeczy, które natychmiast spotykają się z krytyką innych, ponieważ nikt tego nie rozumie. Ona nie pasuje do typowego wizerunku "idealnej" wokalistki: kobiety silnej, a jednocześnie bardzo atrakcyjnej. Gibbons i Bjork, które łączą taneczne rytmy z elementami rocka, odnalazły swoją wolność w tym, że nie bardzo wiadomo, jak je zaklasyfikować. Brak konkretnej etykietki mógłby też sprawdzić się w przypadku Lee, która też lubi eksplorować różne muzyczne obszary - napisała wszystkie partie chóralne na "Fallen" a jeden z nowych utworów, "Lacrymosa", oparła na fragmencie "Requiem" Mozarta. (…) Wsparcie dla swej twórczości i pomysłów znalazła u gitarzysty, Terry'ego Balsamo, który pomagał Lee w pisaniu piosenek na płytę "The Open Door". (…) Jednak pewnego dnia, podczas pracy w studio, 33-letni Balsamo miał wylew. Lee przeżyła to wyjątkowo ciężko.

- To było okropne przeżycie, bo Terry nie miał ubezpieczenia zdrowotnego – opowiada. - Karetka zabrała go do zwykłego szpitala, gdzie nawet  nie zrobili mu rezonansu magnetycznego. A przecież w ciągu 12 godzin po wylewie pojawiają się długotrwałe uszkodzenia. Te 12 godzin mijało, a my wciąż załatwialiśmy robotę papierkową. To było piekło…

Lee określa późniejsze wyzdrowienie Balsamo jako "wielki cud", chociaż on sam podchodzi do tego z większym dystansem. - Nie uważam, że życie jest teraz lepsze, ani nic w tym rodzaju - śmieje się. - Nigdy wcześniej nie brałem niczego za pewnik. Jestem tym samym kolesiem, co kiedyś.Intensywna terapia fizyczna pomaga Balsamo w odzyskaniu pełni władzy w lew ej stronie ciała, która była sparaliżowana. 11 miesięcy po wylewie muzyk ćwiczy już przed światową trasą Evanescence. Jeśli Lee naprawdę jest gotyckim Czerwonym Kapturkiem, jak sugeruje to jej publiczny wizerunek, wylew Balsamo dobrze pasuje do tej bajki - to jeszcze jedna przeszkoda na drodze do wyjścia z ciemnego lasu. Sama wokalistka nie jest przekonana, czy wierzy w szczęśliwe zakończenia. Niemniej jednak, cieszy ją, że sama decyduje o tym, które ścieżki wybrać.

- To nie jest łatwa branża, a szczególnie ciężko w niej dziewczynom -  mówi. - Jestem młodym muzykiem, któremu wciąż łatwo zaimponować, a do tego kobietą. Wszyscy ci wtedy mówią, co masz robić - tak jak małej dziewczynce.

- Teraz uczę się stać na własnych nogach i odpowiadać im: "Nie traktuj mnie w ten sposób".




Dodaj do:


Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Odpowiedzi moga dodawać tylko zalogowani użytkownicy - zaloguj się lub załóż konto


Nie ma jeszcze komentarzy - wyraź swoją opinię jako pierwszy